III Wyprawa Rodzinna Tam gdzie kozy kują 2018


Może to i źle dla fabuły, że już na początku tytułem zdradziłem zakończenie. Trudno.
Kolejny rok przynosi nowe wyzwania.
Od ostatniej wyprawy zaszły niemałe zmiany. Najważniejsza jest taka, że na świecie pojawiła się Hania i w ten sposób jadę sam z chłopakami. Oczywiście bierzemy ze sobą Agatę. Na całe szczęście chce z nami jechać.
Skąd ten kierunek? Jeszcze w zeszłym roku zachwyciłem się informacją o powstających szlakach rowerowych, budowanych w dużej mierze na wałach przeciwpowodziowych wzdłuż małopolskich rzek, w ramach projektu Velo Małopolska.
I zachwycił mnie ten pomysł. W sam raz dla nas. Odseparowane od samochodów, bezpieczne drogi, to jedna z podstawowych rzeczy na jaką zwracam uwagę przy jeżdżeniu z dziećmi. A tu są całe kilometry takich szlaków, prowadzące wśród sielskich krajobrazów. Przyda się na moment odpoczynek od widoku miast, bloków i hałasów duszącej cywilizacji.
Postanowiłem więc zacząć osławioną Wiślaną Trasą Rowerową (WTR) z Oświęcimia. 
Koniec tego szlaku ma miejsce w Szczucinie, na granicy województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Po drodze jechaliśmy fragmentami innych, powstających dróg jak Velo Metropolis, czy Velo Raba oraz długimi odcinkami Velo Dunajec. 
Ale zakończenie wyprawy w Szczucinie nie brzmi specjalnie efektownie. A dobrze jest mieć wyznaczony cel, którego osiągnięcie da poczucie zrobienia czegoś nieprzeciętnego. Cel, który będzie też działał na wyobraźnię.
Ponieważ jest to wyprawa z dziećmi, pomyślałem, że Pacanów będzie dobrze działał motywująco, bo Koziołka Matołka moje dzieci znają. Nie pomyliłem się w tych rachubach. Przez ostatnie tygodnie przed wyprawą słyszałem nieustannie: „Jedziemy do Pacanowa!”.
A przecież po drodze mamy takie wspaniałe miejsca jak Tyniec, Niepołomice czy Tarnów. No i przede wszystkim jedyne w swoim rodzaju miasto na świecie.
Kraków.


Dzień 1
niedziela, 15 lipca 2018 r.
Trasa: Oświęcim
dystans: 2,5 km

Startujemy z Oświęcimia. Dojazd pociągiem nie jest specjalnie długi, ale jak wadomo podróż koleją skraca czas. Po drodze przesiadka w Lublińcu, co z rowerami, przyczepką i dziećmi wymaga dość znacznej koncentracji. Poszło jednak sprawnie. To już gorzej było przy wysiadaniu w Oświęcimiu, kiedy na stacji czekali ludzie, odjeżdżający tym samym pociągiem. I chociaż miejsca wystarczy dla wszystkich, to i tak trzeba się wepchnąć zanim wyładujemy swoje bagaże. Każdy chce być pierwszy.

002. start w Oświęcimiu (1)

na start!

003. przejazd przez Oświęcim (2)

przejazd przez Oświęcim

Do naszego hostelu dojeżdżamy bez problemu. Znajduje się na piętrze w kamienicy przy samym rynku. Pokój całkiem fajny, chłopaki rzucili się na łóżka piętrowe. Jakby w domu takiego nie mieli.
Trochę się ogarnęliśmy i zaraz wybraliśmy się na krótki na razie spacer w okolicach rynku. Było po 15, więc zamek w Oświęcimiu był już i tak zamknięty. Zajdziemy tam później. Teraz mały rekonesans i szybko wróciliśmy do pokoju, na oglądanie finału mistrzostw świata. Rezultat nie był zgodny z naszymi oczekiwaniami.

Po meczu znów poszliśmy na miasto. Zaszliśmy pod zamek, potem ładnymi bulwarami przeszliśmy się wzdłuż Soły i przez park wróciliśmy na rynek.
Nazwa Oświęcim wywołuje jednoznaczne skojarzenia. I chociaż miasto jest naprawdę ładne i raczej pogodne, to gdzieś z tyłu głowy cały czas ciągnie się świadomość, jakie miejsce znajduje się kilkanaście minut od rynku.
Tam nie jechaliśmy. Chłopaki są mali na takie wrażenia, a Agata też nie chciała sama iść do  muzeum KL Auschwitz – Birkenau.
Już wieczorem Agata poszła z Jankiem zobaczyć podświetloną fontannę.

Dzień wstępny zakończony. Od jutra zaczynamy naszą właściwą podróż. Ruszamy w drogę.

006. zamek książęcy w Oświęcimiu (6)

zamek książęcy w Oświęcimiu

007. nad Sołą

Soła w Oświęcimiu

012. Rynek w Oświęcimiu

rynek w Oświęcimiu nocą


Dzień 2
poniedziałek, 16 lipca 2018 r.
Trasa: Oświęcim – Gromiec – Mętków – Babice – Lipowiec – Włosień – Kwaczała
dystans: 28,9 km
czas jazdy 2:15h
prędkość średnia: 12,7 km/h

Rano roboty jest niemało. A ci dwaj są tak żywiołowi, że raczej nie ułatwiają sprawy. I obojętnie, czy poruszają się po tej samej orbicie, czy akurat wchodzą w kurs kolizyjny… Dlatego dobrze jest ich w coś zaangażować. Agata z Jankiem pojechali po zakupy i kiedy wrócili zabraliśmy się do śniadania. Potem pakowanie, składanie, kilka rzeczy musiałem załatawić przy rowerach i zrobiło się po 9.
W końcu jednak wyjechaliśmy. Najpierw chwila na rynku, potem jeszcze raz zajechaliśmy pod zamek. Wprawdzie był to dzień niedostępny do zwiedzania, ale pieczątki do książeczek udało się zdobyć.

013. rynek w Oświęcimiu (1)

na oświęcimskim rynku

013. rynek w Oświęcimiu (6)

na oświęcimskim rynku

014. przed zamkiem w Oświęcimiu (2)

pod zamkiem w Oświęcimiu

Zaraz za zamkiem, wbiliśmy się na Wiślaną Trasę Rowerową. Takie preludium, bo to na razie odcinek wzdłuż Soły. Ale zaraz przeprawiliśmy się przez most na Wiśle i znaleźliśmy się po drugiej stronie rzeki. I hulaj dusza! Jedzie się wybornie. Było słonecznie, chociaż nie upalnie, więc skwar nam nie dokuczał. Mogliśmy się cieszyć swobodną, spokojną jazdą przez ładnych parę kilometrów. 

015. Na Wiślanej Trasie Rowerowej (1)

na Wiślanej Trasie Rowerowej

W Mętkowie zjechaliśmy z WTR. We wsi zrobiliśmy postój na lody. Potem zajechaliśmy też pod drewniany kościół. Ten kościół przeniesiono z miejscowości Niegowić w 1973 roku, ale to właśnie w tej świątyni, w czasach kiedy stała w Niegowici, swoje pierwsze wikarostwo objął w 1948 roku Karol Wojtyła.

017. kościół w Mętkowie (4)

modrzewiowy kościół w Mętkowie z końca XVIII w.

Z Mętkowa na Babice jechaliśmy drogą ogólną. Wiślana Trasa Rowerowa jest oczywiście pociągnięta dalej, ale my z niej zjechaliśmy ze względu na zamek Lipowiec. W Babicach dojechaliśmy do głównej drogi i teraz wiadomo już dlaczego unikamy takich rozwiązań. Na szczęście był chodnik. Wieża zamku Lipowiec wyłoniła się nam nad lasem już wówczas, gdy wyjechaliśmy z Mętkowa.
Zamek jak to zamek, jest na wysokim wzgórzu. Rowery zostawiliśmy pod szkołą i rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę pod górę.
Zamek Lipowiec powstał w XIII w., a z czasem został włączony w system Orlich Gniazd. Później był zamkiem biskupów krakowskim oraz… więzieniem dla duchownych. W warowni nie ma jakiejś stałej ekspozycji, ale można poszwędać się po zakamarkach na dwóch piętrach ruin i wejść na wieżę. Skorzystali z tego Agata i Janek, a ponoć schody były jakieś wyjątkowo strome.

018. w drodze na zamek Lipowiec (1)

w drodze do Babic

019. zamek Lipowiec (3)

zamek Lipowiec

019. zamek Lipowiec (8)

zamek Lipowiec

019. zamek Lipowiec (16)

zamek Lipowiec

020. panorama z zamku Lipowiec (2)

widok z wieży zamku Lipowiec

W czasie naszego pobytu na zamku zaczęły się zbierać chmury, jakby na burzę albo deszcz. Na szczęście dziś nas to oszczędziło. Zeszliśmy z góry i zabraliśmy rowery zostawione pod szkołą. Mieliśmy zaledwie kilka kilometrów do Kwaczały, gdzie się zatrzymujemy na nocleg. Z Babic dojechaliśmy bocznymi drogami i już po godz. 15 byliśmy na miejscu. Śpimy w takim jakby zajeździe i ma to tę zaletę, że jest restauracja.
Poszliśmy się jeszcze rozejrzeć po okolicy, ale doszliśmy tylko do placu zabaw. Energii im jednak nie brakuje, nawet Jankowi, bo z przyjemnością widzę, że świetnie sobie radzi. I z jechaniem i na drodze. Aż miło na niego popatrzeć.
Jutro dalej jedziemy wzdłuż Wisły. Ciekawe jak będzie z pogodą, bo nazbierały się chmury i zaczęło coś wieczorem kropić. 


Dzień 3
wtorek, 17 lipca 2018 r.
Trasa: Kwaczała – Rozkochów – Okleśna – Kamień – Kłokoczyn – Czernichów – Wołowice
dystans: 31,0 km
czas jazdy 2:40h
prędkość średnia: 11,6 km/h  

Kiedy wstaliśmy, niebo było zasnute chmurami, ale jeszcze się trzymało. Zaczęło padać dopiero wtedy, kiedy ruszyliśmy w drogę i zbliżyliśmy się do Wisły. Początkowo był to słaby deszczyk, ale z czasem się rozkręciło. Wkrótce byliśmy porządnie przemoczeni, a nawet nie wjechaliśmy jeszcze na WTR! Z Kwaczały jechaliśmy bowiem boczną drogą między polami i potem wzdłuż wału. Dopiero w Okleśnej wjechaliśmy na WTRkę na wale i to po długich poszukiwaniach. Zaczęło jednak tak lać, że długo nie ujechaliśmy. Co robić? Janek nie narzeka, jest raczej odwrotnie i śmiga sobie beztrosko przez każdą kałużę, ale jak długo da się tak wytrzymać? To dopiero początek dnia.

022. w trasie za Kwaczałą (5)

Janek koniecznie chciał zdjęcie z krową

Wojtek zaczął narzekać, że mu mokro. Zajrzałem do przyczepki, a tam kałuża. Po prostu spracowany rzep nie trzyma materiału, który się podwija i wszystko spod koła chlapie do środka. Byliśmy między wioskami w szczerym polu. Nawet nie ma się pod cokolwiek schować. Ale jechać też się nie da. To nie jest pierwszy lepszy wiosenny deszczyk. Zjechaliśmy z wału w boczną drogę i zatrzymaliśmy się pod rozłożystą wierzbą. Na specjalną okazję zabrałem plandekę. Rozpięliśmy ją pomiędzy rowerami, tworząc coś w rodzaju namiotu. Nawet wleźliśmy wszyscy pod to przykrycie. Na głowę nie padało i zrobiło się całkiem przytulnie. Nastrój mieliśmy wyśmienity.

024. na WTR koło Okleśnej

Szutrowy fragment WTR

025. postój w deszczu koło Okleśnej (3)

próbujemy przeczekać deszcz

025. postój w deszczu koło Okleśnej (6)

przeczekujemy deszcz

Siedzieliśmy skuleni dobre dwie godziny. Były paluszki i drożdżówki. W międzyczasie minął nas nawet inny rowerzysta. Gdzieś po 12 trochę się uspokoiło. Trzeba było kawałek podjechać. W międzyczasie wymyśliłem, że plandeką okryję przyczepkę z Wojtkiem w środku. Dolną część spiąłem klamerkami do bielizny. Wojtek jechał w zamknięciu, miał tylko mały wgląd na boki, ale za to przestało go zalewać błoto. A ono jeszcze miało się pojawić w naszym życiu.
Minęliśmy Okleśną (okazało się, że jest bardzo blisko miejsca, w którym przeczekiwaliśmy deszcz) i zaraz skończyła się WTRka. Jechaliśmy podejrzanie wyglądającymi drogami, szukając dojazdu do „ścieżki ornitologicznej”. Ale nie było specjalnego wyboru.
Na tym odcinku towarzyszył nam Michał z Żor, samotny rowerzysta. Jak opowiadał, pierwszy raz się wybrał na wyprawę rowerową i Go doświadcza. Obejrzał moją mapę i zdecydował się jechać z nami.
A tymczasem droga, którą jechaliśmy poprowadziła nas w las, pod stromą i śliską skarpę. Trzeba było wpychać rowery i to z wypiętą przyczepką, bo niepodobnym stało się wciągnąć rower razem z nią. Wszystko w deszczu. Akurat ten Michał się trafił. I zaraz potem zniknął, zupełnie jakby się rozpłynął niczym duch i nawet nie zdążyłem Mu podziękować za pomoc. Więcej się już nie spotkaliśmy. 

026. szukamy szlaku do ścieżki ornitologicznej koło Kamienia (2)

droga

026. szukamy szlaku do ścieżki ornitologicznej koło Kamienia (4)

pchanie rowerów

Wreszcie wyjechaliśmy z lasu. Droga się trochę poprawiła, tylko kałuże niemożliwe. Znowu lunęło, ale tym razem skryliśmy się pod wiatą ścieżki ornitologicznej. Mapa w mapniku na kierownicy po wyjęciu zmieniła się w mokrą kulkę papieru. Całe szczęście wkuwam mapy na pamięć przed wyprawą.
Dłuższą chwilę odpoczywaliśmy pod wiatą, a ja przebrałem chłopaków, bo całkiem byli przemoczeni.  Ale są bardzo dzielni, nie narzekają i raczej jest w ogóle wesoło.
Wojtek chciał zabrać znalezionego ślimaka winniczka na wyprawę do Pacanowa, ale jakoś syna przekonałem, że ślimakowi tu będzie jednak lepiej i co się stanie jak zostawi tu jakieś swoje niezałatwione ślimacze sprawy?

028. postój w deszczu na ścieżce ornitologicznej koło Kamienia (1)

odpoczywamy pod wiatą ścieżki ornitologicznej

027. ślimaki (1)

ślimak, który prawie pojechał do Pacanowa

029. szlak ścieżki ornitologicznej (2)

droga w okolicach ścieżki ornitologicznej

Deszcz  zelżał, czy nawet przestawał dłuższymi momentami padać i zrobiło się znośnie. Jednak w tym stanie wałem nie było szans jechać. Nie ma w tym rejonie zrobionej drogi WTR (na razie chyba), a jazda po wale oznacza jazdę w trawie po kolana. Pojechaliśmy więc szosą przez Kamień i Rusocice. Był jakiś ruch samochodowy, ale na szczęście we wsiach były chociaż chodniki, a my oczywiście kamizelki i lampki.
Postój zrobiliśmy w Czernichowie. Znajduje się tu pałac zbudowany w 2 poł XIX w., a w nim od 1860 roku działa bez przerwy szkoła rolnicza, najstarsza w Polsce. Jej twórcą był Franciszek Stefczyk, założyciel Kas Zapomogowo – Pożyczkowych, do których odwołują się obecne SKOKI.
Korzystając z chwilowego okresu bez deszczu, objechaliśmy sobie okolice szkoły.

030. dwór Stefczyka (szkoła) w Czernichowie (5)

dawny dwór i główny budynek szkoły rolniczej w Czernichowie

030. dwór Stefczyka (szkoła) w Czernichowie (6)

przed szkołą w Czernichowie

030. dwór Stefczyka (szkoła) w Czernichowie (7)

pomnik Franciszka Stefczyka w Czernichowie

Czernichowa już było blisko do Wołowic. Z ogromną radością rozlokowaliśmy się w naszej suchej kwaterze (agroturystyka). Co się da, to do jutra wyschnie. To był ciężki dzień przez ten deszcz. Jakby nie patrzeć 30 km w dziadowskiej pogodzie. Ale dajemy radę. Nie wracamy. 


Dzień 4
środa, 18 lipca 2018 r.
Trasa: Wołowice – Jeziorany (prom) – Kopanka – Tyniec – Kraków
dystans: 26,1 km
czas jazdy 2:05h
prędkość średnia: 12,4 km/h  

Jak tu skutecznie wysuszyć cokolwiek w parę godzin? W nocy chyba lało cały czas, a w przyczepce dziwnie pachnie. A przecież trzeba zbierać się dalej. Dzisiaj mamy zamiar dojechać do Krakowa i to nas motywuje.
Rano przynajmniej przestało siąpić. Pierwszy etap wiódł do promu na Wiśle. Droga była dość łatwa, ruch niewielki. Jechaliśmy wzdłuż wałów, aż do promu w Kopance. Przeprawa była czynna i niemal od ręki byliśmy na drugim brzegu.

036. w drodze na prom w Kopance

za Wołowicami

037. owieczki w drodze na prom w Kopance (4)

owieczki

038. na promie w Kopance (2)

szykujemy się do przeprawy promowej

Początkowo za promem droga była świetną WTRką. Tak było do kładki. Potem szlak zmienił się w wąską, wyjeżdżoną drożynkę na wale. Ale dało się jechać. Przed nami po prawej wyrosła góra (Grodzisko), po objechaniu której będziemy w Tyńcu. Gdy dojechaliśmy do podnóża góry, droga wprowadziła nas na szlak skrajem lasu. Znowu jakieś grajdoły i z mozołem pchaliśmy rowery wąską i śliską skarpą. Do tego wszystko utrudniały wystające korzenie. Ta droga miała może ze dwieście metrów.
Zaraz więc wyjechaliśmy z lasu i naszym oczom ukazało się opactwo w Tyńcu, chociaż wiedziałem, że efektowniej prezentuje się z drugiej strony Wisły. Zrezegnowałem z kontynuowania drogi dalej wałem. Zjechaliśmy jakąś drożynką osiedlową, tamtędy podjechaliśmy do opactwa i zaraz znaleźliśmy się na dziedzińcu.
Wielka szkoda, że ten bardzo malowniczy odcinek WTR-ki nie jest zrobiony i zostawiony w takim stanie.

039. WTR w drodze do Tyńca (3)

WTRka za Kopanką

044. w drodze do Tyńca (2)

szlak po wale do Tyńca

043. opactwo w Tyńcu (1)

opactwo w Tyńcu

045. w drodze do Tyńca (3)

opactwo w Tyńcu

Benedyktyńskie opactwo uchodzi za najstarsze w Polsce. Liczy sobie przeszło tysiąc lat. I chociaż dziś nowoczesność widać na każdym kroku, to jest coś w tych murach niezwykłego i tajemniczego. Mają niesamowitą, przejmującą aurę, jak w filmie Imię Róży, albo Jasminum. Ta ponura pogoda nadawała jeszcze większego klimatu.
Najpierw weszliśmy do niewielkiego muzeum, a potem z przewodnikiem na półgodzinny spacer po klasztorze. Tu trochę się chłopaki nudzili, ale jakoś dotrwaliśmy do końca. Potem jeszcze zakupy w przyklasztornym sklepiku i możemy ruszać na Kraków.

046. opactwo benedyktyńskie w Tyńcu (13)

wjazd do opactwa

046. opactwo benedyktyńskie w Tyńcu (4)

opactwo benedyktyńskie w Tyńcu

046. opactwo benedyktyńskie w Tyńcu (1)

opactwo benedyktyńsie w Tyńcu

046. opactwo benedyktyńskie w Tyńcu (12)

opactwo benedyktyńskie w Tyńcu

Tak. Możemy ruszać, tylko, że znowu zaczęło padać. Na szczęście tym razem szybko się uspokoiło i w ogóle dzisiaj udało się nam uciekać przed deszczem. Początkowo droga była taka sobie, szczególnie w okolicach mostu przy śluzie Kościuszko. Tutaj kolejna przygoda. Janek, który do tej pory objeżdżał z takim upodobaniem wszystkie kałuże, trafił na wyjątkowo głęboką i plasnął w nią koncertowo. Więc znowu szybka akcja z przebieraniem. Na szczęście w tym czasie nie padało, a ponoć błotne kąpiele są zdrowe. 

048. kraksa Jasia za Tyńcem (3)

w trasie

Po przejechaniu pod autostradą przy śluzie, WTRka znów zmieniła się w bajkowy szlak i w sumie tak było aż do samego Krakowa. W trzech słowach – asfalt jak malowany -.
Za mostem minęliśmy tor kajakowy do kajakarstwa górskiego. Jadąc dalej wzdłuż Wisły, mijaliśmy po lewej stronie wypiętrzone pasmo zalesionych wzgórz, a ponad koronami drzew dumnie sterczące wieże klasztoru kamedułów na Srebrnej Górze. Zakon ten, który charakteryzuje się surową i pustelniczą regułą został tu sprowadzony w pocz. XVII w.
Nieco dalej, na wysokiej skarpie wznosi się budowla, zwana zamkiem w Przegorzałach. To pochodzący z czasów II Wojny Światowej obiekt, zbudowany dla nazistowskiego dygnitarza (Otto von Vächtera, pierwszego gubernatora dystryktu krakowskiego).

050. WTR w drodze do Krakowa (2)

w drodze do Krakowa

049. klasztor na Srebrnej Górze (3)

klasztor na Srebrnej Górze

Wkrótce znaleźliśmy się na przedmieściach Krakowa. Wiślana Trasa Rowerowa na kilkaset metrów znikła, ale wkrótce pojawiła się znów. Jeszcze trochę podjechaliśmy bulwarami i naszym oczom ukazuje się wawelski zamek! Co za widok. Jak się Janek z Wojtkiem cieszyli. Szczypaliśmy się wszyscy, ale to była prawda. Dojechaliśmy do Krakowa!

052. wjeżdżamy do Krakowa (3)

dojechaliśmy do Krakowa

054. Kraków (5)

Kraków

Wkrótce byliśmy w naszym hostelu, zlokalizowanym w starej kamienicy prawie na przeciwko Wawelu. Przez najbliższe dwa dni odpoczywamy od rowerów. Trzeba się zregenerować.
Jutro ruszamy na podbój Krakowa. A teraz można zrobić wielkie pranie z błota (pranie ręczne pod prysznicem jak się okazało). Tylko co wyschnie przy takiej pogodzie? Chociaż czujemy się świetnie i nakręca nas świadomość dokąd dojechaliśmy, to nie były łatwe trzy dni.

Veni, vidi, padliśmy.


Dzień 5
czwartek, 19 lipca 2018 r.
Kraków

Dzisiaj dzień krakowski. Pogoda w dalszym ciągu niespecjalna, ale przynajmniej nie trzeba jechać rowerami. Nasz całodzienny spacer po Krakowie zaczęliśmy oczywiście od Starego Miasta. Potwierdzam, że w Krakowie na Brackiej pada deszcz. A poza tym oczywiście kościół mariacki (z późniejszym wysłuchaniem hejnału w południe), czy sukiennice. Tu chłopaki gromadzili krakowskie pamiątki; dla mamy, dla cioci, dla wszystkich, ale nie tłumiłem tej inicjatywy.

056. Kraków (rynek i stare miasto) (14)

056. Kraków (rynek i stare miasto) (30)

056. Kraków (rynek i stare miasto) (40)

056. Kraków (rynek i stare miasto) (28)

W ramach odpoczynku od zwiedzania poszliśmy na naleśniki, a potem wróciliśmy na Wawel. Sporo czasu nam zeszło w katedrze wawelskiej miedzy grobowcami królewskimi. Coś o każdym władcy trzeba było opowiedzieć, ale i tak szczególnie przejęli się opowieścią o klątwie króla Kazimierza Jagiellończyka. Potem jeszcze zeszliśmy do krypt, a na koniec Agata z chłopakami weszła na wieżę, zobaczyć dzwon Zygmunta.
Na koniec wawelskiej przygody zeszliśmy do Smoczej Jamy (o tej porze, tj. po południu inne wejścia, jak choćby do komnat zamkowych były już wyprzedane). Ze Smoczej Jamy wyszliśmy nad Wisłą, przy smoku. Nawet załapaliśmy się plunął ogniem.

057. Kraków (Wawel) (18)

057. Kraków (Wawel) (11)

Jeszcze raz wróciliśmy na Stare Miasto. Tym razem zobaczyć na ścianie jednego z kościołów kamień z odbiciem stopy, według legendy odciśniętej przez królową Jadwigę. Dalej poszliśmy tym razem w stronę Bramy Floriańskiej i Barbakanu. Jak widać był to niezły krakowski tour.
Zaraz jednak wróciliśmy pod pomnik Mickiewicza, gdzie umówiłem się z Darią, która prowadzi bloga Poboczem Drogi. Podróże po Polsce.

 

056. Kraków (rynek i stare miasto) (19)

Rzadko zdarza się doprowadzić do takiego spotkania, więc tym bardziej mnie to cieszyło. Poszliśmy na Kazimierz (tam nie byliśmy) i na dłuższy czas zaszyliśmy się w „Czajowni”, czyli pijalni herbaty. Miejsce z klimatem. Długo rozmawialiśmy o wielu rzeczach, tak żeby się lepiej poznać. Zeszło nam do wieczora i Daria odprowadziła nas aż na Dębniki. Kto wie, może odwiedzi nas na Winobraniu w Zielonej Górze? Świetny, bardzo intensywny krakowski dzień.
Dziękujemy Daria za spotkanie!

056. Kraków (rynek i stare miasto) (20)


Dzień 6
piątek, 20 lipca 2018 r.
intermezzo w Ojcowskim Parku Narodowym

Na każdej wyprawie staram się, aby w planie był jakiś park narodowy. To ważne, żeby przybliżać i poznawać tę najbardziej wyjątkową polską przyrodę. Najbliżej naszej trasy był Ojcowski Park Narodowy.

Busem, który pędził jak dziki dojechaliśmy z Małopolskiego Dworca Autobusowego do Czajowic. Tu wysiedliśmy i wkrótce byliśmy przy granicy parku. Generalnie trzymaliśmy się niebieskiego szlaku, tylko na początku skręciliśmy czarnym, który zaprowadził nas do jaskini Łokietka. To tu według legendy miał się skryć książę Władysław Łokietek, gdy uciekł z Krakowa przed Czechami na początku XIV w. Ponieważ wejścia do jaskini są o pełnych godzinach, czekaliśmy długo, bo wiadomo – przyszliśmy zaraz po pełnej godzinie, jak już jedna grupa weszła. 

062. Ocjowski PN (1)

wchodzimy do Ojcowskiego Parku Narodowego

063. OPN (jaskinia Łokietka) (6)

przed wejściem do jaskini Łokietka

Jaskinia ciekawa, chociaż obchodzi się ją dość szybko. Po wyjściu na powietrze zeszliśmy w dół, do Doliny Prądnika przez Bramę Krakowską. Do Jaskini Ciemnej trzeba było się trochę wspiąć na górę. Ta jaskinia to dość długa, obszerna grota. Przy końcu jest ciekawy kolumnowy filar, krótki zakręt… i to właściwie koniec. Ale są ciekawe ślady po dawnej obecności ludzi, tzw. kotły wirowe w suficie, które drążyła woda i drapieżny pająk żyjący przy wyjściu. Do jaskini wchodzi się ze świeczkami.

064. przez OPN (2)

przez Ojcowski Park Narodowy

065. OPN (Brama Krakowska) (2)

Brama Krakowska

066. OPN (jaskinia Ciemna) (2)

w jaskini Ciemnej jest naprawdę ciemno

Po wyjściu z jaskini zeszliśmy w dół i poszliśmy do Ojcowa. Zamek widzieliśmy, ale akurat był remontowany. Naszą przechadzkę zakończyliśmy w Ojcowie. Szkoda, ze nie widzieliśmy dalszej części parku, z maczugą Herkulesa i zamkiem w Pieskowej Skale, ale na to już zabrakło nam czasu. Busy jeżdżą stąd nad wyraz rzadko.

068. OPN (Ojców) (1)

remontowany zamek w Ojcowie

Szalony bus wysadził nas na Nowym Kleparzu w Krakowie. Chłopaki byli głodni, więc poszliśmy na zapiekanki. Mnie skusiła nazwa „zapiekanka duża” i dostałem taką chyba półmetrowej długości. W czasie konsumpcji, do punktu gastronomicznego wleciał gołąb i narobił zamieszania, bo wylecieć już nie umiał.

Jutro wyjeżdżamy z Krakowa. Kolejny nasz przystanek to Niepołomice. Ponieważ Wiślana Trasa Rowerowa nie jest jeszcze zrobiona na odcinku od mostu Wandy, podjedziemy pociągiem kilka stacji. Nie chcę się pchać po publicznych drogach pod Krakowem. Tak więc znowu pociąg.

Ale co ważne? Pogoda się poprawiła i zapowiada się powrót lata. Chciała nas na samym początku chyba zniechęcić. He. 


Dzień 7
sobota, 21 lipca 2018 r.
Trasa: Kraków – (Staniątki) – Niepołomice
dystans: 15,7 km
czas jazdy 1:31h
prędkość średnia: 10,1 km/h

Przez trzy ostatnie dni porozkładaliśmy – między innymi – do suszenia rzeczy po całym pokoju i teraz zebrać to do sakw… Do tego niejedna krakowska pamiątka. Udało się.
Kiedy szykowaliśmy się już na dole przed hostelem, podeszła do nas jedna pani. Bardzo jej zaimponowaliśmy naszą wyprawą, podziwiała nas i w ogóle życzyła powodzenia.

Z Krakowa chcieliśmy podjechać kilka stacji w stronę Niepołomic, żeby nie borykać się wyjazdem z Krakowa po drogach, po których nie ma ciągów rowerowych. Przebijaliśmy się na stację Kraków – Zabłocie. Niestety bulwar Podolski był w części zamknięty od mostu Piłsudskiego i trzeba było tachać się z rowerami po schodach przy moście.

Na Zabłocie dojechaliśmy już bez problemów. Tylko, że stacja jest zbudowana wysoko i czekało nas kolejne przenoszenie, tym razem do windy. Wbić się na szybko w pociąg, z rowerami, przyczepką, sakwami itp. to nie takie proste. W pociągu stały zresztą już jakieś rowery. Poznałem tu innego rowerzystę, który okazał się prezesem, Marcinem Hyłą ze stowarzyszenia Miasta dla Rowerów z Krakowa. Razem ze znajomym z Ukrainy jechali podobnie jak my do Staniątek, by tam rozpocząć swój objazd po ścieżkach rowerowych. Pogadaliśmy, a przy wysiadaniu pomogli nam z naszym majdanem.

Ze Staniątek już jechaliśmy sami. Do Niepołomic było tyle, ile przejechać przez las. Tymczasem od Krakowa Janka pedały w rowerze zaczęły po tych deszczach tak piszczeć, że nawet smarowanie nie pomogło. Szukaliśmy więc jakiegoś sklepu rowerowego w Niepołomicach. Znaleźliśmy i stanęło na tym, że trzeba wymienić te pedały. Do bilansu strat można jeszcze doliczyć pęknięte lusterko, połamane okulary, maksymalnie wygięte nóżki (podpórki) rowerowe i zgubiona pomarańczowa chorągiewka z przyczepki. 

W Niepołomicach podjechaliśmy przede wszystkim pod zamek królewski zbudowany przez Kazimierza Wielkiego. Tu głównie urzekły nas zamkowe renesansowe krużganki. To już dzieło z czasów zygmuntowskich.

071. zamek królewski w Niepołomicach (2)

zamek królewski w Niepołomicach

071. zamek królewski w Niepołomicach (11)

zamek królewski w Niepołomicach

071. zamek królewski w Niepołomicach (6)

zamek królewski w Niepołomicach

Bazowaliśmy jednak na początku w parku przy zamku, gdzie chłopaki wypatrzyli wypożyczalnię aut akumulatorowych, no i jak mogliby nie skorzystać. Pozwiedzaliśmy więc okolice zamku, a potem poszliśmy na obiad. No i lody.
I właśnie w Niepołomiach stuknęło nam na liczniku pierwsze przejechane 100 km na tej wyprawie!

073. w Niepołomicach (2)

Niepołomice

075. 100 km w Niepołomicach (5)

mamy pierwsze 100 km!

Z Niepołomic nie mieliśmy daleko do naszego miejsca noclegowego, położonego na skraju puszczy. Trochę z obawą wybrałem Willę Ostoja, ale okazało się to świetne miejsce, ciche i po prostu o wysokim standardzie.

Przyjechaliśmy dość wcześnie, więc zdążyłem jeszcze ogarnąć nie do końca wysuszone rzeczy. Przeprałem też „tapicerkę” w przyczepce. Szybko wyschło, bowiem zrobiła się niezła pogoda. Od razu inaczej.

Jutro jeden z najdłuższym tras jakie zaplanowałem na tej wyprawie. Będzie jednak sporo przez las, zwłaszcza początek, jako że zaczynamy od Puszczy Niepołomickiej.


Dzień 8
niedziela, 22 lipca 2018 r.
Trasa: Niepołomice – (Puszcza Niepołomicka) – Mikluszowice – Bogucice – Okulice – Bratucice – Łazy – Borzęcin
dystans: 40,6 km
czas jazdy 3:06h
prędkość średnia: 13,1 km/h


Nocleg mieliśmy wyborny. Zebraliśmy się z naszym wyjazdem sprawnie i wcześnie. Od Niepołomic rozpoczyna się nowy etap naszej wyprawy, z bardziej wymagającymi odcinkami. Do Krakowa to była rozgrzewka.
Przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze porozmawiać z właścicielami Ostoi, bardzo przyjaznymi ludźmi.

No to ruszamy przez Puszczę Niepołomicką Drogą Królewską. A pogoda zapowiadała się znakomicie! Początkowo droga jest publiczna, aż do leśniczówki Hysne. O dziwo od rana na drodze trwa całkiem poważny ruch samochodowy. Potem się wyjaśni dlaczego. Po drodze mijamy już kilka atrakcji.

To tym traktem na polowania udawali się w przeszłości polscy królowie. Puszcza Niepołomicka była bowiem jednym z ulubionych miejsc łowów. Polowali tu Piastowie w osobie Kazimierza Wielkiego, polowali Jagiellonowie i królowie elekcyjni po Augusta II Mocnego. Ten ostatni władca był nie tylko „Mocarzem alkowy”, ale też i skutecznym myśliwym. Na jednym z wielkich polowań w trzy dni upolowano onegdaj trzy łosie, siedemnaście jeleni, trzydzieści trzy dziki, osiemdziesiąt pięć saren, trzynaście wilków oraz mnóstwo lisów i zajęcy. Konkretny pokot.

Po drodze mijamy więc dąb Augusta II. Nie jest bardzo imponujący, gdyż pierwotne drzewo, pod którym król odpoczywał, rozpadł się w 1874 roku. Nieco dalej przejeżdżamy obok kapliczki św. Huberta. Pierwsza kapliczka powstała w poł. XVI w. Obecna rekonstrukcja została ustawiona już w XXI w.
W sercu puszczy w okolicach Poszynki znajdował się pałacyk myśliwski. Nazwa Poszynka odnosi się do przykrego wydarzenia. Brzemienna królowa Bona po ataku niedźwiedzia spadła tu z konia i w wyniku tego wypadku poroniła syna. Stąd zwykło się mówić, że królowa przyjechała tu „po syna”. 

079. przez Puszczę Niepołomcką (3)

dąb Augusta II

080. Puszcza Niepołomicka (2)

kapliczka św. huberta

Z nowszej historii, to w okresie zaborów obszar puszczy stanowił dla Austriaków poligon do prowadzenia gospodarki rabunkowej. Podobnie było w czasie II Wojny Światowej. Kompleks leśny był też miejscem schronienia partyzantów. O tych walkach, ale też o niemieckich zbrodniach świadczą liczne mogiły rozsiane po lesie. 

Przy leśniczówce Hysne ruch publiczny się kończy. Odtąd, do Mikluszowic prowadzi znakomita, asfaltowa droga, tzw. Żubrostrada, przez komples puszczański. I mówię bez udawania. W lesie jednak czuję się najlepiej. Tylko Agatę owady straszą cały czas.
Po drodze ludzi mnóstwo. Kto żyw, wyległ do lasu. Na pieszo, na rolkach, na rowerach, na nartorolkach.
Do Mikluszowic, przez puszczę drogowskaz wskazywał 11 km. Po drodze mijaliśmy ogrodzenie ośrodka hodowli żubrów w Poszynie. Jest to jednak stacja badawcza zamknięta do zwiedzania.
Mniej więcej w połowie drogi, przystaliśmy na chwilę przy jednym z punktów odpoczynkowych.

080. Puszcza Niepołomicka (12)

przez Puszczę Niepołomicką

080. Puszcza Niepołomicka (23)

fragment Puszczy Niepołomickiej

W Mikluszowicach, przy wyjeździe z puszczy poznaliśmy dziadka na rowerze. Jeździ z Bochni. Sam się zatrzymał, zeby nam zrobić zdjęcie. Niestety nastrój zepsuł jakiś przypakowany idiota na rowerze. Przeszkadzało mu, że dziadek stanął na drodze i z tego powodu – on pakers musiał zwolnić. Można jednak zachować się inaczej, nie tak ordynarnie. A przede wszystkim to był starszy człowiek, a ten gość to cham i prostak. Piszę o tym tylko dlatego, że przeraża mnie powszechna agresja w społeczeństwie.

081. wyjeżdżamy z Puszczy Niepołomickiej (5)

wyjazd z Puszczy Niepołomickiej w Mikluszowicach

Przejechaliśmy przez Mikluszowice. Na końcu wsi, po objechaniu kościoła, tuż przed samą (arcyciekawą) kładką na Rabie, mija się wzniesienie pod nazwą Góra św. Jana. Jest to dawne grodzisko obronne  z okresu średniowiecza.

083. Góra św. Jana w Mikluszowicach (2)

grodzisko, góra św. Jana w Mikluszowicach

Zaraz za tym kopcem, zaczyna się przejazd przez Rabę. Wisząca kładka jest wąska i dwa rowery mają problem z minięciem, a niektóre drewniane szczebelki sprawiają wrażenie niezbyt pewnych.

Jechaliśmy dalej. To był etap przez wioski, ale ruch był dziś znikomy. W Bogucicach zrobiliśmy dłuższą przerwę przy szkole. Liczyliśmy na lody, bo zrobiło się upalnie, ale to niedziela bez handlu i nic nie było po drodze otwarte. Z następnej miejscowości (Okulice) pochodził ostatni komendant Armii Krajowej Leopold Okulicki.

Za Bratucicami wjechaliśmy w kolejny większy kompleks leśny. Las ten cichy i kołyszący się do wiatru, przeszywał co chwilę pisk Agaty. A to mucha, a to motyl złowieszczo zatrzepotał skrzydłami szykując się do ataku. Wesoła podróż. Las skończył się w Rudych – Rysiach. Stąd już było ledwie kilka kilometrów do Borzęcina.

091. kapliczka k. Rudych-Rysiów (4)

w drodze do Borzęcina

Nocujemy w Starym Młynie, czyli dawnym młynie zamienionym na restaurację i miejsca noclegowe. Pokoje takie sobie, ale za to świetne jedzenie. Nie żałowaliśmy sobie, no i na koniec pucharek lodów. Zaasłużyliśmy, bo to był długi dzień. Przekroczyliśmy 40 km. Tak musiałem podzielić trasę. Za to jutro znacznie krótszy odcinek. 


Dzień 9
poniedziałek, 23 lipca 2018 r.
Trasa: Borzęcin – Waryś – Wierzchosławice
dystans: 22,1 km
czas jazdy 1:46h
prędkość średnia: 12,7 km/h

Pani, która prowadzi Stary Młyn jest bardzo uprzejma i chyba Jej też zaimponowaliśmy naszym jeżdżeniem. Do opuszczenia Starego Młyna byliśmy gotowi przed 10. Dzisiaj zbudziłem towarzystwo nieco później. Zresztą i tak zawsze wstaję najwcześniej, a spakowanie, ubranie, nakarmienie i ogarnięcie w sumie trzech ludzi zajmuje mnóstwo czasu. Agata karmi się sama.

Przed wyjazdem z Borzęcina zajechaliśmy jeszcze na pocztę i zrobiliśmy zakupy. Kiedy wyjeżdżaliśmy, zaczęło nagle padać. Z jakiejś małej chmurki. Zdążyliśmy się skryć przy małym sklepiku.
Do Wierzchosławic było całkiem blisko. Przejechaliśmy obok kopalni kruszyw „Waryś” i wjechaliśmy w las Radłowski. Początkowo był szuter, ale od czwartej linii (czyli poprzecznej drogi, tak jak powiedział brodacz z piwem pod sklepem w Borzęcinie, gdy przeczekiwaliśmy deszcz), zaczął się świetny asfalt. Droga prosta i Janek ćwiczył jazdę bez trzymanki.

097. kopalnia kruszywa Waryś (1)

przy kopalni kruszyw Waryś

098. przez las do Wierzchosławic (6)

przez las do Wierzchosławic

Wkrótce byliśmy w Wierzchosławicach. Najpierw zajechaliśmy pod dom (chałupę), w której urodził się Wincenty Witos. W Wierzchosławicach jest też muzeum tej postaci, ale dziś (w poniedziałek) było zamknięte.
Wierzchosławice są bardzo rozwleczoną miejscowością i to w każdą stronę, Jechaliśmy i jechaliśmy. Po drodze trafiliśmy na bar, w którym zatrzymaliśmy się na obiad.

099. chałupa Witosów w Wierzchosławicach (4)

dom Wincentego Witosa w Wierzchosławicach

Najbliższe dwa noclegi spędzamy w Centrum Kultury Wsi Polskiej w Wierzchosławicach. To nowy i nowoczesny obiekt. Jutro rowery odpoczywają, a my jedziemy zobaczyć Tarnów. 


Dzień 10

wtorek, 24 lipca 2018 r.
Tarnów


Niby dzień odpoczynkowy, ale się nie lenimy i jedziemy do Tarnowa. To całkiem niedaleko i pierwotnie nawet myślałem jechać rowerami i bazować właśnie w Tarnowie. Wybrałem jednak Wierzchosławice, bo łatwiej włączyć się potem na Velo Dunajec. A tak musielibyśmy z Tarnowa pokonywać tę samą drogę z powrotem do Wierzchosławic.

I to była dobra decyzja, bo chociaż są chodniki, czy też ciągi pieszo-rowerowe w stronę Tarnowa, to droga jest okropnie uczęszczana; dosłownieTIR za TIRem.
Więc do Tarnowa jedziemy autobusem.

Zaczynamy od Góry św. Marcina. To dość daleko, w sumie za Tarnowem, więc korzystamy z komunikacji miejskiej. Góra jak to góra, ma to do siebie, że trzeba na nią wejść, więc było trochę jęczenia. Za to potem panorama Tarnowa sprawia, że człowiek zapomina o przykrych rzeczach. A widok jest naprawdę palce lizać. Do tego można (chyba) pokręcić się ruinach zamku Tarnowskich. Wdzięczne miejsce.

104. góra św. Marcina w Tarnowie (19)

panorama Tarnowa z góry św. Marcina

104. góra św. Marcina w Tarnowie (26)

na górze św. Marcina w Tarnowie

105. góra św. Marcina (zamek Tarnowskich) (14)

ruiny zamku Tarnowskich

105. góra św. Marcina (zamek Tarnowskich) (11)

ruiny zamku Tarnowskich

Autobusem wróciliśmy do miasta. Obeszliśmy je całkiem konkretnie, rynek tarnowski zostawiając sobie na koniec. Zaszliśmy na obiad do baru Tradycja niedaleko drewnianego kościoła „na burku”. Obeszliśmy więc okolicę, stare targowisko, przy którym jest dom, w którym urodził się generał Józef Bem jak powiada tablica pamiątkowa.
Na rynek weszliśmy Wielkimi Schodami. No rynek i ratusz mają duży urok. Pokręciliśmy się po uliczkach, między kamienicami od bazyliki, po ruiny synagogi. Wyszliśmy też dość daleko poza Stare Miasto, do parku Strzeleckiego ,zobaczyć mauzoleum generała Bema, ale cały park był rewitalizowany i niewiele widzieliśmy.

109. kościół na Burku w Tarnowie (1)

kościół „Na Burku” w Tarnowie

107. w Tarnowie (18)

tarnowskie zaułki

110. bazylika w Tarnowie (3)

bazylika w Tarnowie

113. ruiny synagogi w Tarnowie (2)

pozostałości synagogi w Tarnowie

114. wielkie schody w Tarnowie (1)

Wielkie Schody w Tarnowie

106. ratusz w Tarnowie (1)

ratusz w Tarnowie

106. ratusz w Tarnowie (10)

ratusz w Tarnowie

Wróciliśmy na Stare Miasto, bo na godz. 17 umówiłem nas z tarnowskim pasjonatem podróży, Maciejem. Czekaliśmy dłuższą chwilę przy jednej z fontann, ale drugi raz już hasać w punkcie tarnowskiej informacji turystycznej nie pozwoliłem. Choć towarzystwo się rwało do tego. Już jedno „The souvenir show” dzisiaj było.

Chwilę po 17 zajeżdża rowerem na rynek Maciej Czernik, czyli Beskidnik na szlaku. Gość z wielką energią. Oprowadził nas jeszcze raz po Tarnowskim starym mieście, ale tym razem mogliśmy usłyszeć mnóstwo historyjek. A jako, że wiedzę ma wielką i widać w Nim pasję, uraczył nas mnóstwem ciekawostek; o kamienicach, o kościele – teraz polsko – katolickim, o dawnym drugim zamku obronnym, o austriackich żołdakach, o burku tarnowskim, o jatkach, o ratuszu i dole złoczyńców, o arsenale tarnowskim, o więzieniu, o synagodze, o Cyganach i Żydach, o tym, że bazylika jest na luźnych iłach i w zasadzie cały rynek pracuje, o cmentarzu przy bazylice, o muzeum diecezjalnym, o ulicy Krakowskiej, o tramwajach, o poczcie, o tarnowskich dworkach, o Węgrach, o bramie seklerskiej…
Nie mam specjalnie dobrze rozwiniętej pamięci słuchowej, więc tylko tyle zapamiątałem. Świetne spotkanie, już drugie na tej wyprawie.
Dzięki Maciej za spotkanie!

107. w Tarnowie (4)

zabytkowy tramwaj w Tarnowie

Z Tarnowa wróciliśmy do Wierzchosławic już po zmroku. Dobrze, że w ogóle, bo przed samym odjazdem z dworca autobusowego nawaliły drzwi w PKSie i nie wiadomo było jak to się skończy.

Jutro ruszamy dalej. Kolejny etap to Velo Dunajec.

 

Dzień 11
środa, 25 lipca 2018 r.
Trasa: Wierzchosławice – Ostrów – Komorów – Bobrowniki Małe – Siedlec – Biskupice Radłowskie – Pasieka Otfinowska – Wietrzychowice – Siedliszowice – Żelichów – Pilcza Żelichowska
dystans: 48,4 km
czas jazdy 3:28h
prędkość średnia: 13,9 km/h


Trochę nie zazdroszczę mieszkańcom Wierzchosławic. We wsi krzyżują się drogi na Tarnów i Kraków, do tego zjazdy na autostradę. Ruch na drogach ogromny, co chwilę TIR za TIRem i trzeba bardzo uważać. Mimo jednak tego ruchu kołowego, Centrum Kultury Wsi Polskiej spokojne i ciche. 

Przed nami dziś długa trasa. Nawet wyszło ostatecznie, że dłuższa niż planowałem. Już zaraz po godz. 9 byliśmy gotowi do wyjazdu. Najpierw jakieś 2,5 km chodnikiem wzdłuż tej okropnej drogi, a potem… wjazd na Velo Dunajec. I na całe godziny można zapomnieć o samochodach i hałasie. Piękna sprawa. Wokół cisza, spokój, co jakiś czas mignie wstęga Dunajca, wokół nas tylko pola i łąki okraszone zabudowaniami małopolskich wsi. Taki to błogostan panuje na tym szlaku. Odcięcie od świata, choć na chwilę.

119. na Velo Dunajec (2)

na Velo Dunajec

Mieliśmy do pokonania Velo Dunajcem całkiem spory kawałek. Jedyną przykrością był wiatr, taki pyskujący. Minęliśmy Komorów i Bobrowniki Małe. W Siedlcu zjechaliśmy do wsi na śniadanie i zatrzymaliśmy się na postój pod sklepem. Przy okazji wziąłem na warszat koło od przyczepki rowerowej, bo nieprzyzwoicie skrzypi i porusza się ruchem jakby ósemkowym. Bałem się, że to łożyska, ale jest po prostu nieźle zcentrowane. Jedyne co mogłem zrobić, to dokręcić obluzowane szprychy. Centra została, ale przestało piszczeć.

Jechaliśmy dalej. W Glowie na chwilę (do skrzyżowania z drogą wojewódzką) szlak zjeżdża z wału i prowadzi zwykłą drogą.
W Biskupicach Radłowskich dopadła nas niespodziewanie burza. Zatrzymaliśmy się akurat przy pomniku upamiętniającym bitwę stoczoną we wrześniu 1939 roku. I wtedy lunęło. W ostatniej chwili schowaliśmy się na przystanku autobusowym. Gdybyśmy byli gdzieś na wale, byłoby ciekawie. Chwilę wcześniej mijał nas rowerzysta i mu nie zazdrościliśmy.

 

122. pomnik walk w 1939 r. w Biskupicach Radłowskich (1)

pomnik poświęcony Bohaterom Września 1939 r. w Biskupicach Radłowskich

123. burza w Biskupicach Radłowskich (2)

burza w Biskupicach Radłowskich

Nam udało się bezproblemowo przeczekać deszcz. Trwało to jakiś czas, bo burza krążyła nieustannie gdzieś w okolicy. Gdy już się uspokoiło, samotnie wyskoczyłem na koniec wsi, gdzie w polu znajduje się ciekawy zabytek. To kamienny, średniowieczny słup graniczny z poł. XV w., rozgraniczający dobra pańskie od biskupich. Podobny zabytek widziałem w okolicach Ziębic. Były to słupy wyznaczające tzw. granicę św. Jana, czyli biskupstwa wrocławskiego.

124. kamień graniczny w Biskupicach Radłowskich (1)

kamień graniczny w Biskupicach Radłowskich

Za Biskupicami Radłowskimi, Velo Dunajec wraca na wał. Jest on tu dość wysoko usypany i pięknie widać okolicę. Wypogodziło się na dobre i słonko zaczęło się dawać we znaki. Była to i tak najprzyjemniejsza część szlaku. Tylko, że ciągle wiatr czołowy.
Dunajec planowaliśmy przekroczyć w Otfinowie. Okazało się jednak, że przeprawa jest nieczynna, bo robią akurat nowy asfalt. Całe szczęście kilka kilometrów dalej w Wietrzychowicach jest druga przeprawa. Oznaczało to jednak dla nas dodatkowe kilometry.

126. w trasie na Velo Dunajec (2)

na Velo Dunajec

126. w trasie na Velo Dunajec (7)

na Velo Dunajec

126. w trasie na Velo Dunajec (21)

jeden z wielu cmentarzy wojennych z okresu I WŚ

Za przeprawą, zrobiliśmy przerwę w Siedliszowicach. Przez Żelichów (urodził się tu Henryk Sucharski, dowódca z Westerplatte), dojechaliśmy do Pilczy Żelichowskiej (Pizzy Żelichowskiej jak mówi Wojtek).
Jeszcze przed Żelichowem, przy polu kukurydzy stuknęło nam na liczniku przejechane 200 kilometrów! Tyle przejechaliśmy od Oświęcimia. Janek też ma całą trasę w nogach i świetnie sobie radzi. Własnymi siłami. Brawo Janek! Mocny chłopak.

127. prom w Wietrzychowicach (1)

przeprawa promowa w Wietrzychowicach

128. za promem (1)

za przeprawą promową

130. 200 km! przed Żelichowem (3)

Przejechaliśmy 200 kilometrów!

W Pilczy Żelichowskiej zostajemy dwa dni. Będziemy się szykować do ostatniego etapu. Jutro najprawdopodobniej wyskoczymy tylko do pobliskiego Zalipia.

Dzień, który się właśnie skończył, był sponsorowany głównie przez Velo Dunajec. Bajer. Trochę wieje i piecze, ale bajer. Pola, łąki, koszą traktorem. Do tego zachwyt wywołuje każda krowa, koń, kaczka, gęś itd. Większy niż np. sześćsetletni kamień graniczny.
Wojtek ma nawet specjalą listę, na której zapisuje widziane zwierzęta. 

SONY DSC

SONY DSC

 

Dzień 12
czwartek, 26 lipca 2018 r.
Trasa: Pilcza Żelichowska – Zalipie – Pilcza Żelichowska
dystans: 16,2 km
czas jazdy 1:07h
prędkość średnia: 14,3 km/h

W sumie to leniwy dzień. Spaliśmy ile kto chciał. Po śniadaniu chłopaki grali mecz w piłę, do czasu aż Wojtek przejechał się ślizgiem po żwirze. Ja zaś uciąłem sobie rozmowę z rowerzystą z Niemiec. Od czterech tygodni jeździ po Polsce, głównie Green Velo. A w przeszłości był m.in. w Nowej Zelandii i w USA, gdzie jechał wzdłuż Missisipi. Powiedziałem Mu o Zalipiu, za co mi potem dziękował, tak się spodobało.

My też wybraliśmy się do Zalipia, żeby jutro już od razu jechać na Szczucin. Tak w sumie to pojechaliśmy po południu, bo pogoda szaleje. Raz leje, za chwilę gorąc i duchota, że wysiedzieć ciężko i zaraz potem znowu burza. Męczące.

Zalipie to wieś niezwykła. nie wiem, czy najpiękniejsza w Polsce, ale prawdopodobnie najbardziej malowana. Motywem przewodnim są kwiaty. Jak się dowiedzieliśmy ten zwyczaj sięga końca XIX w., kiedy zaczęto ozdabiać szare i okopcone domy. Warto zapamiętać nazwisko Felicji Curyłowej, która rozpowszechniła ten zwyczaj. Byliśmy w Domu Malarek i w jednej malowanej zagrodzie (nie wszystkie domy są ozdobione w ten sposób). Ta zagroda, to takie jakby muzeum ludowe, gdzie można nabyć ręcznie robione pamiątki. I naprawdę ładne.

Niekiedy wymalowane kwiatami jest dosłownie wszystko: ściany domów, stodoły, studnia, gazon na kwiaty, nawet buda dla psa. Miejscowy kościół z pocz. XX w. również jest wymalowany, ba nawet zakrystia i chyba jedyny w swoim rodzaju ukwiecony ornat. Niezwykła wieś, o szczególnej urodzie.

136. Zalipie (57)

Zalipie

136. Zalipie (55)

Zalipie

136. Zalipie (25)

Zalipie

136. Zalipie (48)

Zalipie

136. Zalipie (45)

Zalipie

136. Zalipie (40)

kościół w Zalipiu

136. Zalipie (38)

kościół w Zalipiu

136. Zalipie (58)

Dom Malarek w Zalipiu

136. Zalipie (52)

malowana kapliczka w Pilczy Żelichowskiej

Wróciliśmy do Pilczy Żelichowskiej akurat przed kolejnym deszczem. Jutro ostatni dzień w trasie. Być może najdłuższy. Mam nadzieję, że pogoda nam nadto nie dokuczy.
Przed nami cel na wyciągnięcie ręki.

 

Dzień 13
piątek, 27 lipca 2018 r.
Trasa: Pilcza Żelichowska – Bolesław – Strojców (WTR) – Kupienin – Szczucin – Kółko Żabieckie – Grabownica – Karsy Małe – PACANÓW
dystans: 46,8 km
czas jazdy 3:17h
prędkość średnia: 14,2 km/h


Trzynasty dzień wyprawy. Piątek. Nawet gdyby to był trzynasty lipca, to i tak musi się udać. Od rana mobilizacja i podekscytowanie.
O godz. 9 wyruszyliśmy, najwcześniej jak dotąd na tej wyprawie. Przed nami możliwie najdłuższy odcinek na wyprawie, a nie wiadomo jak będzie z pogodą. Od rana niebo zasnute chmurami.

Pojechaliśmy przez Zalipie w kierunku na Bolesław. Droga mało uczęszczana, dobra i płaska. Poszło raz dwa. W Bolesławie zrobiliśmy przerwę pod delikatesami. Ten najbliższy odcinek, to jazda w kierunku Wiślanej Trasy Rowerowej. Od niej zaczynaliśmy wyprawę i na niej kończymy. Na WTRkę wbiliśmy się w Strojcowie. No to teraz przed nami ze dwadzieścia kilometrów rowerowego raju.
W międzyczasie poprawiła się pogoda, chmury się rozpłynęły i zrobiło się dość gorąco. Jechaliśmy między polami, od czasu do czasu po prawej stronie pokazywały się zabudowania wsi. Niekiedy daleko, momentami zupełnie blisko, tuż przy samym wale przeciwpowodziowym. Po lewej prześwitywała tafla Wisły. I nikogo na trasie. Mijał nas jeden rowerzysta. 

140. w trasie (1)

w trasie do Szczucina

140. w trasie (10)

w trasie do Szczucina

Gdzieś za Kupieninem zrobiliśmy kolejny postój. Na polu rolnik obrabiał swoje włości i machał nam ze swojego traktora.
Kolejny etap, to odcinek do Szczucina. Mieliśmy cały czas wyborne tempo, bo po WTRce jedzie się kapitalnie, więc wkrótce byliśmy przy moście. Tu WRTka się kończy, wraz z granicą województwa Małopolskiego. Mam nadzieję, że tylko na razie i, że powstaną projekty dalszej realizacji tych dróg. My musimy jednak przejechać Wisłę i tak jak podejrzewałem to będzie najbardziej przykry odcinek. Droga rowerowa się kończy przy moście i tyle. Nie ma za bardzo nawet jak przejść na drugą stronę drogi. Ruch samochodowy jest odstraszający.

Zanim jednak przekroczyliśmy Wisłę i wjechaliśmy w Świętokrzyskie, wjechaliśmy kawałek w stronę miasta. Zajechaliśmy pod popularny dyskont spożywczy z symbolem owada. W sumie wielobranżowy. Kto chciał zjadł lody. W międzyczasie zeszły się chmury (duchota od dłuższego czasu była potworna) i ostro lunęło. Staliśmy pod dachem dobre pół godziny.

Ale trzeba ruszać. Najpierw jednak trochę trudów. Do samego mostu i przez most jechaliśmy chodnikiem. Za mostem chodnik się skończył, ale było dość szerokie pobocze. Dwieście metrów i skręcamy w boczną drogę. Objechaliśmy jakieś zabudowania i znów wjechaliśmy na krajówkę. Kolejne dwieście, może dwieście pięćdziesiąt metrów i znów skręcamy w bok. Koniec z krajówką. Nie znoszę takich dróg.

To już ostatni odcinek. Nasza droga wyprowadziła nas w pola i na jakiś kilometr zmieniła się w utwardzony szuter. Teraz, po deszczu ostały się długie kałuże. Zaraz jednak znów był asfalt. Pojechaliśmy przez Kółko Żabieckie, Grabownicę i Karsy Małe. W tych ostatnich trafił się niezły podjazd, pierwszy chyba tak wymagający na tej wyprawie. A potem z górki i… tablica PACANÓW!!!
Dojechaliśmy! Co za radość! Udało się! Z tego przejęcia Wojtek zasnął i lekko oszołomiony dopiero po chwili pojął gdzie jesteśmy.

141. Pacanów! (3)

141. Pacanów! (13)

Wkrótce dojechaliśmy do miasteczka. Na ryneczku obowiązkowe zdjęcia z Koziołkiem Matołkiem. Wiadomo. To On nas tu przyciągnął. Potem pojechaliśmy do naszej kwatery. Ogarnęliśmy się i wróciliśmy na rynek i całą udaną wyprawę uczciliśmy pizzą pacanowską. Zasłużenie. Jutro wyjeżdżamy z Pacanowa, ale będzie jeszcze post scriptum.

 

142. w Pacanowie (2)

na rynku w Pacanowie

142. w Pacanowie (16)

na rynku w Pacanowie

 


Dzień 14
sobota, 28 lipca 2018 r.
Pacanów.
Powrót.

Na koniec wizyta w Europejskim Centrum Bajki w Pacanowie. Przygoda dla mniejszych i wspomnienia dla większych. Można wybrać kilka atrakcji, my wybraliśmy Krainę Bajek i kameralne przedstawienie w teatrze. Nie ma krzesełek i siedzi się na miękkich matach. Ogólnie polecam tę atrakcję. Kraina Bajek jest bardzo interaktywna i angażująca. Można posiedzieć w kwiacie z Calineczką, można przeczołgać się w wydrążonym pniu drzewa. Ton nadaje Koziołek Matołek i baśnie H. Ch. Andresena. Jest też księgarnia.
Tylko trzeba mieć na uwadze, że rezerwacje w Europejskim Centrum Bajki robi się wcześniej, na konkretną godzinę.

 

143. W ECB w Pacanowie (9)

Wróciliśmy po nasze rzeczy i już w pełnym rynsztunku wróciliśmy na rynek. Teraz pora na wręczenie pucharków dla małych podróżników. Ach, taką miałem nadzieję, że będzie je mógł wręczyć Koziołek Matołek.

144. pucharki w Pacanowie (14)

 

Wkrótce pojawił się niezastąpiony Mirek. Zapakowaliśmy wszystkie rowery i bagaże do samochodowej przyczepki i ruszyliśmy w drogę powrotną. 

Od zawsze, kiedy zbliżał się koniec wyprawy, czuję taki żal, że to już po wszystkim. Mogę też odetchnąć z ulgą. To nie była łatwa wyprawa, nawet zupełnie inna niż poprzednie, a to przede wszystkim ze wzgledu na dzieci. No i jechały bez mamy, a wiadomo jak nieocenione są ręce matki. To się jeszcze zobaczy co będzie za rok, ale chłopaki już pytają, czy jedziemy.

Janek to mocny chłopak. Nie sądzę, by dla każdego w jego wieku było takie proste pokonać taką włóczęgę. Własnymi siłami przejechał całą wyprawę. Prawie 300 km! Jestem z niego dumny, bo cały czas pamiętam, że to jednak mały chłopiec i nic na siłę. Gdyby było źle, wrócilibyśmy w każdej chwili.
A on ma jednak świra. Lubi jeździć w deszczu i nic Go nie zmogło. Oczywiście był zmęczony, ale dzielnie jechał dalej. Wojtek też wytrzymał dzielnie w przyczepce, a czasem był owinięty plandeką.

Pomoc Agaty bezcenna. Bez niej byłoby znacznie trudniej. Robi dużo czarnej roboty. Mimo swoich dziwactw jest odpowiedzialna i wywiązała się znakomicie. Oby jak najdłużej chciała z nami jeździć, bo lada moment dorośnie i zniknie w swoim życiu.
Było i trudno, bo czy to zdjęcia, czy posty nie pokazują wszystkiego. Widać na nich raczej wesołe buzie.
A są też małe porażki, albo klęski. Tu się zdjęć nie robi. Za tym wszystki stoi zmęczenie, czasem nawet zniechęcenie, czasem ktoś straci cierpliwość, ktoś zatęskni do mamy, ktoś szczypie brata, ktoś trzepnie brata, ktoś wpadnie w kałużę, ktoś narzeka na jakość przyrządzonej potrawy. Ale to na nawozie z takich drobnych w sumie porażek wyrasta potem sukces. Bo ta wyprawa była sukcesem. Każdego z nas. Wspólnej drogi i osiągniętego celu. Pacanów? Tyniec? Kraków? Tarnów? Wiślana Trasa Rowerowa? Zalipie? To wszystko nabrało nowego wyrazu.

Dziękujemy wszystkim za kibicowanie nam na trasie! Tym, których spotkaliśmy i poznaliśmy jak Darię z Krakowa i Macieja z Tarnowa i tym, którzy przyczynili się do sukcesu wyprawy. Jak przykładowo nieznani mi nawet z imienia pasjonaci z projektu Velo Małopolska, z którymi wielokrotnie omawiałem szczegóły trasy i którzy podpowiadali mi najlepsze rozwiązania. Były to niezwykle pomocne wskazówki.
Przede wszystkim Dorotka i Dominik dziękujemy za pożyczenie przyczepki. Muszę zdążyć wycentrować koło przed zwrotem 🙂
No i niezastąpiony Mirek, który odebrał nas z Pacanowa. Przyjechał tu z obandażowaną ręką i pękniętym nadgarstkiem.

A my pewnie jeszcze na szlak wrocimy. To tylko przerwa w podróży!

 126. w trasie na Velo Dunajec (6)

Reklamy